włosy&kosmetyki

[36] moja ruda włosowa historia

Bardzo lubię czytać włosowe historie u Anwen, bywają inspirujące. Do spisania swojej zabierałam się jednak ponad rok… Cóż, inspirująca może nie jest (jeszcze!), ale sporo mówi o moich włosach. Zapraszam, będzie dużo zdjęć! 🙂
 
1991/1992 – tak wyglądałam jako kilkumiesięczne dziecko,
widać było już wyraźnie rude włosy 🙂


1995-1997?– kilka lat później, w wieku przedszkolnym. Włosy urosły, nabrały grubości, o dziwo jeszcze wtedy były dość proste. A przynajmniej bywały. Przykładowe trzy zdjęcia tego okresu. Jak widać ogólnie żyły własnym życiem.
 
2004/2005 – Niestety przerwa, ale za wiele przez ten czas się nie działo. Włosy w podstawówce rosły sobie, kilka razy były podcinane i pojawiła się znowu grzywka.

 

2006 – a potem rosły jeszcze bardziej i… zaczęły być poddawane prostowaniu, suszeniu, karbowaniu prawie codziennie. Ah, uwielbiałam wtedy ich wygląd…
 
2007 – chyba próbując je trochę uratować (ludzie mówili, że są zniszczone…) podcięłam do ramion. W wersji „duża wilgoć i deszcz” oraz „wyprostowane”.

 

2008 – a potem ścięłam je jeszcze bardziej, bo tak doradziła mi fryzjerka, jak czesała mnie na połowinki. 

 

2009 początek – dość szybko jednak odrosły, nie robiłam z nimi za wiele, ale przestałam tak męczyć prostownicą, suszarka została – nie wyobrażałam sobie nie umyć włosów rano – codziennie! Chociaż bez prostownicy efekt i tak był marny…

 

 

2009 wakacje– nadal liceum, ale włosy znowu za namową fryzjerki (bo przecież włosy są takie suche i zniszczone) ścięłam do ramion, a co gorsza – dałam je wycieniować. Efekt? Puch nie do opanowania.

 

2009 – a jak wróciłam z wakacji zrobiłam sobie grzywkę. Na jeden dzień (tak, akurat jak robiłam zdjęcie do dowodu), bo było mi głupio, aczkolwiek zdjęcia mówią mi, że było mi w pełnej grzywce całkiem dobrze. Pod koniec roku trochę odrosły, grzywka zniknęła i nawet jakoś wyglądały, ale znowu zaczęłam je prostować (urosły, więc miałam już co prostować…).

 

2011 – i znowu pozwoliłam im urosnąć, podobnie jak w 2006. Porównując zdjęcia widać jednak, że są bardziej spuszone. Przestałam je wtedy prostować, ale nadal suszyłam. Można powiedzieć, że było to mini wejście na włosomaniactwo – pojawiły się sensowniejsze odżywki, używałam zimnego powietrza, nie prostowałam, zaczęłam testować domowe odżywki, ale nadal myłam i suszyłam je codziennie.

 

 

2012 – po roku wyglądały tak. ALE. Był to zdecydowanie good hair day. Co więcej – tego dnia włosy tylko suszyłam, nie prostowałam nadal, a były ładne, gładkie i proste. Szkoda, że nie pamiętam jakiej odżywki i szamponu wtedy używałam, ale wiem, że byłam bardzo zadowolona… Inna sprawa, że ok, wyglądały dobrze, ale było ich malutko, zdecydowanie za mało. Dało się suszyć je suszarką na prosto, ale jak każde siano same z siebie też schły błyskawicznie. 
2013 – skoro więc tak się powyżej przerzedziły… znowu je podcięłam! Odżyły, objętość zaczęła wracać, ale przestały się słuchać. Zdjęcie z wakacji w warunkach spartańskich, były pozostawione same sobie. Nadal więc moim jedynym złem było suszenie ich praktycznie codziennie, ale używałam jakieś tam odżywki i maseczki, a nawet podcinałam regularnie.

 

 
2014 – nowa era w dbaniu o włosy zaczęła się po zrobieniu zimą poniższego zdjęcia. Zobaczyłam z czym ja z tyłu chodzę, mimo że  z przodu włosy wydawały się w porządku. Byłam zła, bo fryzjerka w dodatku znowu powtarzała mi, że mam włosy suche i zniszczone. Chyba wtedy trafiłam na blogi o włosach… Nadal jednak więcej czytałam, niż praktykowałam. Uważałam tylko, aby nie pojawiło się takie coś z tyłu głowy 😉
2014 – Do wakacji włosy urosły i wcale nie prezentowały się dobrze. Ale zacięłam się wtedy, żeby nadal ich nie prostować i suszyć jak najrzadziej. Dla porównania piękne niskoporowate, proste włosy mojej siostry – co kilka tygodni farbowane (od ponad 10 lat!), praktycznie z każdym myciem suszone, czasami prostowane lub lokowane, a i tak… zawsze bardziej nawilżone od moich, zawsze grubsze i dobrze ułożone. 
Dla mnie przełom nastąpił też w tym, że zaczęłam włosy myć wieczorem i spisać je w koczek lub warkocz. Przekonałam się, że też tak można i czasami efekt jest lepszy niż puch i nieogarnięcie po suszeniu, jak na zdjęciu poniżej 😉 Początkowo tylko grzywkę musiałam i tak rano umyć i wysuszyć, teraz nawet tego nie muszę robić.

2015 – Założyłam bloga, dzięki czemu zaczęłam obserwować swoje włosy! Pogodziłam się, że się kręcą i że to nie oznacza, że są beznadziejne, tylko… są falowane. Wiem, banał, ale dla mnie to było najważniejsze odkrycie 😉

 

 

2016 – niestety odpuściłam nieco świadomą pielęgnację, ale było to spowodowane poszukiwaniem pracy, jej zmianą i innymi decyzjami. Nadal jest zadawalająco, teraz tylko muszę włożyć w pielęgnację trochę czasu i wysiłku i mam nadzieję, że będzie dobrze 🙂
 
Aktualnie:
* nadal szukam idealnej pielęgnacji i produktów do włosów
* uciekam od fryzjerów, którzy mówią mi, że moje włosy są suche i zniszczone i najlepiej abym podcięła je wiele, wiele centymentów… są WYSOKOPOROWATE i po prostu muszę bardzo uważnie o nie dbać 😉
Reklamy

8 thoughts on “[36] moja ruda włosowa historia

  1. Lepsza, lepsza, chociaż chwilowo mam duży problem z włosami – wydaje mi się, że woda w mieszkaniu, w którym obecnie mieszkam jest kiepska… Ale poświęcę o tym osobny wpis, tylko muszę coś przetestować 😉

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s